I stało się. Położyłem Windowsa XP zainstalowanego na komputerze stacjonarnym. Wielu powie, że nic w tym dziwnego, bo przecież WIN XP to szmelc jakich mało, ale jeżeli powiem, że system działał u mnie ponad 3 lata bez instalacji, to wydaje mi się, że wielu przyzna, że jest to wyczyn. Wspomnę również, że system przed awarią działał z szybkością porównywalną do tej zaraz po instalacji, więc mam czego żałować. Jak tego dokonałem, że system działał u mnie tak długo, nie jest tematem tego artykułu, więc nie będę tutaj go poruszał.
Co się stało?
Jak zwykle w takich sytuacjach, zawinił czynnik ludzki. System był dobrze zabezpieczony – Avast Home Edition (do tej pory mnie nie zawiódł), ZoneAlarm Firewall (do tej pory żadnych problemów) i do tego okresowe skanowania SpyBotem i Ad-Awarem na nic się zdają, gdy użytkownik ignoruje komunikaty antywirusa i instaluje coś, czego pochodzenie nie jest tak do końca znane. I ja właśnie tak postąpiłem. Ściągnąłem ze strony thekeys.ws (przestrzegam przed tą stroną; myślę, że większość generatorów kluczy dostępnych na stronie jest zawirusowanych) generatora kluczy (plik *.exe) do gry i… No właśnie – dalej zachowałem się jak idiota i analfabeta komputerowy. Kliknąłem na ściągnięty plik dwukrotnie w celu uruchomienia generatora. Antywirus zaczął „wyć” o potencjalnym niebezpieczeństwie (nawet podajł nazwę wykrytego wirusa), a ja zignorowałem te informacje i zainstalowałem program na dysku komputera. I od tej pory zaczęła się masakra. Avast po pewnym czasie, zaczął wariować – ilość wirusów, jaką wykrył mi na przestrzeni jednej godziny, przekroczyła ilość szkodliwego oprogramowania jaka została wykryta na przestrzeni ostatnich 3 lat.
Na pierwszy ogień poszedł katalog: c:\Documents and Settings\Nazwa użytkownika\Ustawienia lokalne\Temporary Internet Files\Content.IE5\
Następnie wirusy zaczęły się ujawniać w katalogu: c:\WINDOWS\system32\
Próba instalacji innego antywirusa kończyła się niepowodzeniem. Pomyślałem, że może Avira AntiVir Personal poradzi sobie z problemem, ale niestety po rozpakowaniu przez program instalacyjny plików do folderu tymczasowego, pojawiał się komunikat o nieistniejącym pliku setup.exe, a dam sobie głowę uciąć, że plik był, bowiem sprawdzałem to.
Pomyślałem, że może skoro antywirusy zainstalowane na dysku nic nie pomogą, to może skanery online w jakiś sposób pomogą. W pierwszej kolejności do walki z nieprzyjacielem poszedł skaner MKS. Niestety Internet Explorer 8 poległ w przedbiegach,nie mogąc połączyć się ze stroną internetową skanera (wcześniej takich problemów nie miałem). Jeżeli nie MKS, to może TredMicro i Firefox (później Opera). Tutaj też niestety nieprzyjaciel okazał się bardziej przebiegły.
Wojna zakończyła się restartem systemu, po którym system nie podniósł się już z kolan. Wręcz przeciwnie – położył się na plecach i powiedział: „I will back”.
Oczywiście system wróci, jeżeli tylko znajdę czas i postawie go na nogi.
Cieszy jedynie fakt, że system miałem postawiony na osobnej partycji, więc ewentualna utrata cennych danych nie wchodzi w grę. No chyba, że ustawienia Firefoksa i AQQ, ale to w sumie nie problem, ponieważ zawsze pod koniec dnia robię kopię zapasową tych ustawień.
Szczerze powiem, że nawet nie jestem zły na siebie. Gdy system nie chciał się już uruchomić po restarcie, pomyślałem: „Wreszcie, bo trzy lata to już za długo nawet jak na system, o którym sam dbam”. Zresztą jak widać, od świata nie jestem odcięty. W rezerwie mam zawsze laptopa, który jest moim wiernym kompanem podczas każdej podróży, więc i teraz się przyda