Home > Prywatnie > Jak już pech, to na całej linii…

Jak już pech, to na całej linii…

1.08.2009 06:12

dscf5931Dawno nie pisałem co u mnie słychać, a dzisiejszy dzień przyniósł mi sporo wrażeń, więc się pochwalę.

Dzień zaczął się jak wiele innych, no może z lekkim bólem karku, ale to pewnie przez to, że zeszło mi powietrze z materaca, na którym od pewnego czasu śpię. Nie zeszło oczywiście całkowicie, ale wystarczająco, aby moja pozycja leżąca była na tyle nienaturalna, że teraz zbyt gwałtownych ruchów szyją zrobić nie mogę, a jeżeli już się zapomnę, to widok grymasu bólu na mojej twarzy staję się bezcennym przeżyciem. Cóż, akurat ból szyi nie jest tutaj kluczowy i nie będę dalej skupiał się na nim. Zapomniałem wspomnieć, że nowy dzień przywitał mnie dźwiękami kawałka Na luzie, zespołu Illusion, który jest ustawiony jako dzwonek na mojej niezawodnej Omni:-) Wcześniej dzwonił do mnie jeszcze mój Dyrektor, ale byłem jeszcze zaspany i pamiętam tylko tyle, że poinformował mnie o odwołaniu zebrania i przypomniał o wystawieniu premii dla pracowników.

Wstałem o 11:40 (taka praca, więc proszę nie dziwić się na porę pobudki), wykąpałem się, ubrałem i wyszedłem do pracy. Obiadu w domu nie jadam, bo taką dietę sobie wymyśliłem, zresztą jest skuteczna. Sprowadza się do ograniczania posiłków. To chyba najskuteczniejsza dieta jaką można sobie zafundować. Nie jakieś tam wspomagacze w postaci herbatek, zieleniny zamiast mięsa, czy jakieś inne trucizny. Wystarczy zwyczajnie mniej jeść, w moim przypadku dużo mniej, a do tego więcej sportu i efekty będą widoczne praktycznie już po kilku dniach. Ja zrzuciłem ponad 22 kg w 5 miesięcy i jem to na co mam ochotę, tylko w rozsądnych ilościach. Znajomi mogą to potwierdzić,a powiem nawet, że niektórzy mi zazdroszczą efektów.

Lecimy dalej, bo powoli robi się z tego poradnik młodego dietetyka, a nie jest to program poranny z cyklu „Jak zdrowo zacząć dzień”.

Piątek zazwyczaj jest ciężkim dniem w pracy, największa wysyłka, najwięcej ludzi na zmianie. Ten dzień jednak napawał mnie jakimś takim optymizmem, że nawet do głowy nie przyszło mi, że przede mną sporo wrażeń. Jest fajnie, ciepło, słońce świeci, laski na ulicach opalone. Dzień wręcz idealny na pracę, a przynajmniej sama podróż nieźle się zapowiadała. Dojechałem na dworzec tramwajem z kilkoma przesiadkami. Inaczej w Łodzi się nie da, bo jakoś wszystkim możliwym służbą w Łodzi zebrało się na remonty w tym samym czasie i Łódź wygląda jak jedna wielka budowa. Objazdy, zakazy, nakazy. W całym tym bałaganie komunikacja miejsca jest chyba i tak najlepszym rozwiązaniem. Na dworzec dojeżdżam około godziny 12:50, wizyta przy „ścianie płaczu”, a później w kasie biletowej PKP. Standardowo proszę o bilet do Piotrkowa na 13:20. Płacę, a w zamian dostaję „Bilet w dobrej cenie” i faktycznie muszę przyznać, że cena jest dobra. 7,50 za One Way Ticket z Łodzi d Piotrkowa Trybunalskiego pozwala przypuszczać, że PKP Przewozy Regionalne zaczynają walczyć o klienta. Pani w okienku też była jakaś taka uśmiechnięta, więc i jeszcze milej się zrobiło.

Ciepło w piątek było więc skoczyłem jeszcze do salonu prasowego po coś do picia, bo przecież nie po gazetę:-) Gazety w podróży czytam rzadko, ponieważ w torbie zawsze mam książkę, która podróż do i z pracy zawsze mi umili. Więc w salonie prasowym kupiłem sobie napój, który jak się padnie to po jego wypiciu się powstanie, albo jak kto woli, napój który nawadnia lepiej niż woda. Tak przynajmniej mówią na reklamie i piszą na etykiecie naklejonej na butelce. Mając już kompletny zestaw podróżnego: picie, książka i dobre chęci, poszedłem na peron 5, aby wsiąść do pociągu stojącego na torze 9, czyli po prostu do Częstochowy przez Piotrków Trybunalski.

Miejsce w pociągu mam już raczej stałe, wygodne, po zacienionej stronie wagonu, więc za klimatyzacją nie tęsknię. Tradycyjnie już z namaszczeniem wyciągnąłem książkę z torby. Nie wiem czemu, ale chwila w której otwieram książkę na stronie, na której ostatnio skończyłem czytać wieje mi jakąś podniosłością. Może dlatego, że mania czytania wzięła mnie w sumie nie tak dawno i teraz otwierając za każdym razem książkę (tematyka nieważna) chce wynagrodzić sobie te wszystkie lata bez czytania niczego grubszego niż codzienne wydanie gazety lokalnej lub programu telewizyjnego.

Więc czytam Autobiografię Jacka Kuronia. Pociąg już jedzie, mijając kolejne stacje. Popijam sobie między czasie „lepiej nawadniającą” wodę i jest fajnie. Wspomnę jedynie, że była to woda o smaku wiśniowym ,a więc i kolor miała czerwony. Pisze o tym, ponieważ już za chwilę fakt ten będzie nie bez znaczenia. Gdzieś na wysokości Justynowa postanowiłem napić się i niestety nie poradziłem sobie z zamknięciem butelki, przypominającym te z bidonów kolarskich. Coś poszło nie tak, bo sporą część „lepiej nawadniającej” wody nawodniła mi koszulkę na tyle skutecznie, że miałem całkiem zgrabną czerwoną plamę na niej. Już miałem rzucić mięsem, ale kątem oka spostrzegłem, że naprzeciwko mnie siedzi kobitka z dzieckiem, więc uznałem, że żadne kobiety lekkich obyczajów z moich ust nie wypłyną i skończyło się jedynie na szybkim sięgnięciu do torby po chusteczkę. Ale co mi da chusteczka, skoro czerwona plama i tak pozostaje. Pomyślałem: „Ofiara losu ze mnie” i zacząłem myśleć co tu zrobić. Wpadłem na pomysł, dość przebiegły, chociaż myślę, że wiele osób postąpiłoby podobnie. W Piotrkowie i tak muszę czekać na kumpla, który mnie zabiera do firmy, więc mam trochę czasu na szybkie zakupy w sklepie z ciuchami. Dojechałem do Piotrkowa, wyskoczyłem z pociągu, wiaduktem przedostałem się do miasta i jazda do najbliższego sklepu, gdzie mogą być podkoszulki. Wybór padł na sklep z dresami (oczywiście oryginalnymi) z „trzema paskami”. Wpadłem w półki szukając rozmiaru i jakiegoś sensownego kroju. Znalazłem. W sklepie przy wejściu którego wisi szyld z logo Adidas kupiłem podkoszulkę Reeboka, ale nad tym nie ma co się rozwodzić. Podkoszulkę zarzuciłem na siebie w przymierzalni, a z metką pobiegłem do kasy. Pani, która była bardzo uprzejma jedynie uśmiechnęła się. Skasowała mnie odpowiednio, a ja ucieszony z zakupu poszedłem w umówione wcześniej miejsce, aby zaczekać na kumpla. Sytuacja opanowana. Piątek, jakże słoneczny trwa dalej i nic nie popsuje mi wieczoru w pracy. W stwierdzeniu” wieczór w pracy” nie ma żadnej ironii, ani kąśliwości. Po prostu raz na dwa tygodnie spędzam weekend w pracy i jestem do tego przyzwyczajony. Nauczyłem się z tym żyć.

Dzień w pracy zaczyna się jak zwykle od przeczytania poczty, która służy jako podstawowy nośnik informacji. Wszystko wskazywało na to, że będzie to kolejny dzień w pracy bez niespodzianek. Sporo pracy, ale załogo liczna. W wyliczeń wynikało, że około godziny 01:30 będziemy już po robocie. Godzina 16:30 – praca rozdysponowana. Kompletacja nabiera rozpędu. Idę na obiad – pierwszy posiłek tego dnia. Obiad składa się z dwóch dań. Na stołówce kupuję jeszcze dwie bułki z serem żółtym i wracam na dział.

Godzina 19:30 – pierwszy alarm. Nie działają drukarki na hali. Nie jest dobrze, ale wszystko pod kontrolą. Podjęliśmy decyzje o zejściu na przerwę obiadową pół godziny wcześniej. Przez te pół godziny informatycy powinni poradzić sobie z problemem. I tak się stało. Pól godziny później wróciliśmy do pracy.

Godzina 21:00 – drugi alarm. Nie działają drukarki na hali. Przymusowy postój. Na szczęście wszystko wróciło do normy 15 minut później.

Godzina 21:30 – trzeci alarm. Katastrofa. Nie działają drukarki na hali. Przerwa trwa prawie dwie godziny. Kurewsko długie dwie godziny podczas których powinniśmy przygotować towar dla większości śląskich marketów. Tiry stoją pod rampami. Kierowcy wieszają psy na wszystkim co się da. Wszystko uda się przy pomocy niemieckiego działu IS przywrócić do porządku około godziny 23:30. Jakieś 2 godziny za późno. Terminowość dostaw wisi na włosku. Pospolite ruszenie. Przerwa na gorący posiłek przesunięta na 01:00, aby jak najdłużej kompletować, aby podgonić opóźnienia. Godzina 02:30 koniec kompletacji, a przed nami jeszcze sprzątanie hali. Znowu pospolite ruszenie. Sprzątanie i inwentaryzacja jednocześnie.

03:30 – po robocie. Ludzie wykończeni. Na ich twarzach ulga, że już po wszystkim. Rysuje się również uśmiech satysfakcji, że znowu dali radę. Po drugiej stronie ja i duma z tych ludzi. Duma, że mam przywilej z nimi pracować, że można na nich liczyć, że po raz kolejny nie zawiedli.

Zawsze byłem świadomy, że logistyka będzie opierać się na ludziach. Nawet najnowocześniejsze systemy komputerowe nie wyeliminują czynnika ludzkiego z całego procesu. Człowiek zawsze w całym łańcuchu wykonuje najcięższą robotę. Przerzuca kilkanaście ton dziennie. Ludzi na samym dole w hierarchii magazynowej trzeba szanować najbardziej. To oni wykonują najgorszą robotę. Magazyn bez magazynierów to jak ciało ludzkie bez krwi. Mozg może być sprawny, serce również, ale bez krwi i tak nic są nie warte. W takim przeświadczeniu wyszedłem z firmy o godzinie 03:30 po to, by wsiąść do Intercity do Łodzi i być w domu około 05:00.

Cały dzień uważam za udany. W pracy trochę stresu (od niego też można schudnąć), ale za to mam nową podkoszulkę. I to się w tym wszystkim liczy. Jaki by chujowy nie był mijający dzień, zawsze trzeba szukać pozytywów.

Post trafił w Twoje gusta? Zajrzyj też tutaj
Podobne wpisy
  1. Spać… Chce mi się cholernie spać…
  2. Urlop – jak zbawienie…


Komentarze są zamknięte

Switch to our mobile site