Moda na święta, czyli jak komercja zjada Boże Narodzenie…
Od dłuższego czasu obserwuję komercjalizację wszelkich świąt w Polsce – pewnie nie tylko w Polsce, ale w związku z tym, że tutaj żyję, to obserwację poczyniłem na gruncie rodzinnym.
Każdy pewnie już zdążył zauważyć, że żyje w kraju w przeważającym stopniu katolickim. Potwierdza to Statystyka Kościoła katolickiego z roku 2006 opracowana na podstawie danych statystycznych udostępnionych Ośrodek Statystyki Kościelnej w Watykanie (cały raport można przeczytać tutaj). Raport podaje ilość katolików jako 95,8% ogółu społeczeństwa. Dosyć dokładną analizę powyższego raportu przedstawił Sławek Dutkiewicz na forum racjonalista.pl. Według analizy Dutkiewicza w Polsce ilość katolików kształtuje na poziomie mniejszym niż 50%. Którą z tych wartości by nie uznać za poprawną to i tak daje to minimum 18 mln – 19 mln obywateli naszego kraju.
Święta to czas spotkań rodzinnych przy stole wigilijnym. Ale czy przede wszystkim? Czy czasem nie jest tak, że rodzina została zepchnięta na dalszy plan?
Zadałem to pytanie nie bez podstaw. Święta właśnie trwają, każdy jednak jest zmęczony przygotowaniami do nich. Porządki porządkami, chociaż i tego nie bardzo mogę zrozumieć. Zaczyna się bum w marketach na środki czyszczące – napędzany zresztą całkiem skutecznie przez telewizję i wszech obecne reklamy. Zastanawia mnie tylko, czy ludzie nie sprzątają w domach przez cały rok, po to tylko, żeby stoczyć zaciętą walkę z brudem w grudniu? Cóż – ja tam wole dbać o porządki w domu przez cały rok, a przed świętami odpoczywać.
Gotowanie jest mordęgą dla każdej pani domu w Polsce. Mordęgą jest na własne życzenie. Gro kobiet zostawia sobie przygotowanie wigilijnych potraw na ostatnią chwilę, a przecież jest wiele dań, które można przygotować dużo wcześniej i przechować je w jednym z ważniejszych wynalazków XX wieku – zamrażalce. 50% potraw można w ten sposób przygotować kilka tygodni wcześniej bez narażania ich na jakiś ubytek w smaku, zapachu itp.
Prezenty kupujemy często nie patrząc na nasze możliwości finansowe. Płacimy kartami kredytowymi, czyli potwierdzamy teorię, że Polacy przygotowują się do świąt biorąc kredyt. Nikt się nie przejmuje, że zadłużymy się na kilka miesięcy, tylko po to aby spełnić kaprys dziecka, który chce klocki znanej firmy, a które po miesiącu będą odstawione w kąt, bo przecież ile można bawić się tym szmelcem. Święta, to taki okres kiedy pokazujemy dzieciom, że damy im wszystko to, czego odmawialiśmy im konsekwetnie cały rok ze względu na kruchą sytuację finansową. Moje dzieciństwo przypadało na zgoła odmienne czasy. Moi rodzice wychowali mnie w myśl innych zasad, ale zawsze byli konsekwetni w tym co mówili – nie obiecywali mi czegoś, czego byli pewni, że nie zrealizują.
Każdy pewnie się zastanawia, jaki cel miało przytoczenie pewnych faktów na wstępie. Sam się zastanawiam, bo artykuł znacznie odbiegł od swojego pierwowzoru, ułożonego przeze mnie w głowie podczas trwania kolacji Wigilijnej. Trafiło mnie podczas tej kolacji, że jeden z gości zaczął narzekać, że po raz kolejny w telewizji można zobaczyć same „odgrzewańce”. Zacząłem się w takim razie zastanawiać, czym są dla tej osoby święta Bożego Narodzenia. Dla mnie – zaznaczam, że nie jestem zbytnio przywiązany do tradycji – to czas odpoczynku, spotkań z rodziną, to dla mnie czas na podsumowanie całego roku. A ten gość świąt potrzebuje do obejrzenia kilku filmów w telewizji i może jeszcze jakiegoś programu rozrywkowego. Zacząłem przypominać sobie, kiedy w tym roku zaczęły się święta w marketach. I faktycznie. Komercjalizacja spowodowała, że w jednym z marketów z branży budowlanej można było kupić bombki wraz ze zniczami na Wszystkich Świętych. Co gorsza, ludzie te bombki kupowali razem ze zniczami i wychodzili z marketu z uśmiechem na ustach. Katolicy pełną gębą. Szczerze mówiąc nie wierze w to, że te bombki były wykorzystane na jakiś stroik postawiony później na grobie bliskiej osoby (przez 26 lat nie widziałem nic takiego na żadnym z grobów).
Katolicy zaczynają również uciekać od tradycji kulinarnych, zaczynając zastępować karpia innymi rybami. Dla mnie, chociaż ryby nie lubię, brak karpia na stole wigilijnym to profanacja i już nie Wigilia. Sięganie do coraz to wymyślniejszych potraw zabija klimat kolacji wigilijnej. W domu, gdzie nie ma karpia, kompotu z suszonych owoców, pierogów z kapustą i grzybami brakuje jedynie choinki z czarnym przystrojeniem, chociaż i to nie powinien być problem – czarne ozdoby choinkowe w sklepach też widziałem.
Czarna choinka i nowości filmowe w telewizji – tak według wielu powinny wyglądać święta. Gdzie ja jestem? Ja jestem niepraktykującym katolikiem kultywującym jednak tradycję świąt Bożego Narodzenia. Przyznaję jednak, że w tym roku klimat świąt nie jest tak bardzo odczuwalny dla mnie. Pracuję już 26 grudnia, więc dla mnie święta trwają jeden dzień krócej niż dla większości Polaków. Z drugiej strony, czy Polsce jest potrzebne tyle tych dni wolnych od pracy? Na 365 dni w roku mamy około 100 wolnych. To zdecydowanie za dużo. Może gdybyśmy więcej pracowali, to nie mielibyśmy podstaw do narzekania przy wigilijnym stole, jak to w tym kraju jest źle.
Bądźmy katolikami, kultywujmy tradycję, ale weźmy się też do pracy zamiast walczyć o kolejne wolne dni.
Przepraszam, że ten artykuł pojawił się w święta. Szlak mnie jednak trafia, że komercja zjada Boże Narodzenie jak szarańcza plony w Egipcie. Tym razem jednak to nie plaga zesłana przez Boga, a plaga pieniądza i wiecznego wyścigu szczurów o to, kto spędzi modniej święta i kto da droższe prezenty. Plaga pieniądza rodzi kolejną plagę, która pewnie nastąpi po świętach. Plaga narzekania, jakie te święta były męczące i jak dużo pieniędazy pochłoneły. Nikt nikomu nie każe organizować świąt ponad możliwości. Polacy ulegli komercjalizacji świąt. Bardzo szybko podłapujemy modę z zachodu, niepamiętając jak ciężko było jeszcze 20 lat temu. Zresztą po co pamiętać. Klapki na oczy i do przodu. Później będę się martwił.
Dedykuje ten artykuł znajomym, którzy podzielają moje zdanie w powyszej kwestii.


