Spać… Chce mi się cholernie spać…
Dawno już nie miałem takiego kryzysu w pracy jak dzisiaj. Zadaje się, że postarzałem się troszeczkę, bo jeszcze rok temu brak snu nie wpływał aż tak destrukcyjnie na mój organizm. Dzisiaj zwyczajnie po czterech godzinach snu jestem zmęczony i czuje się, jakbym w ogóle nie spał. Wszystko zaczęło się w nocy z piątku na sobotę, kiedy to posiedziałem troszeczkę dłużej przy komputerze. W sumie nawet gdybym poszedł wcześniej spać, to raczej oka bym nie zamknął, bo sąsiad zrobił imprezę i całe podwórko rozbrzmiewało hitami z radia ESKA. Poszedłem więc spać około godziny 5 rano w sobotę, a wstać musiałem już o 9:30, ponieważ miałem oprowadzać wycieczkę po magazynie w ramach dni otwartych. W pracy byłem więc około 12:00, a o 13:00 prowadziłem wycieczkę po magazynie o powierzchni 10 hektarów. Nie było źle. Brak snu jeszcze nie zdążył dać znać o sobie.
Wycieczka trwała godzinę, więc o godzinie 14 odprowadziłem gości na piknik specjalnie dla nich przygotowane. Sam pokręciłem się jeszcze pomiędzy piknikowymi stołami zamieniając kilka słów ze znajomymi. Normalnie pracę zaczynam o godzinie 16:00 – miałem dwie godziny na obijanie się. To śmieszne, ale przychodzi taki czas w pracy, że można się poobijać i nikt nie zwróci ci nawet uwagi.
Prace zacząłem punktualnie o godzinie 16. Wraz z rozpoczęciem pracy przyszedł kryzys. Zostałem sam w biurze. Broniłem się przed oparciem czoła o spację klawiatury mojego służbowego komputera. W takich sytuacjach mam dwa wyjścia. Mogę wyjść na halę magazynową, na której jest zimno, lub zaaplikować sobie potężną dawkę kofeiny. Pierwsza opcja odpadała, bo bez tego już mi było zimno (standardowe zachowanie organizmu w stanie dużego zmęczenia), a swojej sytuacji nie miałem zamiaru pogarszać. Zastosowałem drugie rozwiązanie. Wypiłem pierwszą kawę, potem drugą i trzecią, i tak aż do godziny 2 w nocy, kiedy wyszedłem do domu.
Położyłem się spać około godziny 6 rano – po co wcześniej – a wstałem o 11:30. Myślałem, że 5,5 godziny w zupełności wystarczy mi na zregenerowanie sił. Teraz już wiem, że źle myślałem. Nie mogłem zwlec się z łóżka. Nieraz człowiek żałuje, że wypracował w sobie ogromne poczucie odpowiedzialności za dział, na którym pracuje. W innym przypadku zadzwonił był do swojego przełożonego i poprosił o urlop na żądanie. Ach – odpowiedzialność… Ta odpowiedzialność zaciągnęła mnie z łóżka prosto pod prysznic, ubrała mnie i wypchnęła za drzwi mieszkania. Dalej już jakoś poszło.
Siedzę teraz w pracy i mam jedno marzenie. Bardzo przyziemne, ale niezbędne do dalszego mojego funkcjonowania – łóżko. Jest szansa, że przy niedzieli skocze pracę wcześniej, więc i sen może będzie dłuższy. Pisze świadomie, że może, ponieważ nikt nie wie co wymyślę, jak wrócę do domu. Może wybiorę się na długo odwlekaną wycieczkę z aparatem fotograficznym do Tomaszowa Mazowieckiego. Kto wie. Pogoda nie zapowiada się najlepiej, może jednak prześpię się odrobinę.
Tak właśnie wyglądają moje poranki po powrocie z pracy. Zanim jeszcze się położę do łóżka, zastanawiam się czy w ogóle mi się opłaca. Zwyczajnie szkoda mi czasami dnia na sen. Problem jednak w tym, że faktycznie już jestem starszy o tej jeden rok i mój organizm nie wytrzymuje tempa. Jeżeli mózg mówi, że chce mi się spać, to naprawdę ciężki bój toczę z samowolnie zamykającymi się oczami.
Niestety człowiek świadomie eksploatuje organizm do granic zdrowego rozsądku. Efekt takiego postępowania jest oczywisty. Jesteśmy zmęczeni. Powiedziałbym nawet, że pernamentnie zmęczeni. Dochodzimy do stanu kiedy nie wiem ile byśmy odpoczywali, zawsze tego odpoczynku będzie nam brakowało. Takie czasy teraz mamy. Gonitwa za dobrami, za własnym szczęściem doprowadza nas do skrajnego wyczerpania. Co dalej? Zwolnić tempo? Przecież większość z nas jest uzależniona od dużego tempa w naszym życiu. Nie są nam znane obszary względnego spokoju. Duże tempo to nasza kokaina, nasz narkotyk. Potrafimy być szczęśliwi, gdy jest nudno i gdy się nic nie dzieje? Tak, ale tylko przez chwilę, bo przecież nie można siedzieć i nic nie robić. Odpoczynek? I na to przyjdzie czas, ale to już nie w tym życiu…


