Urlop – jak zbawienie…
Wreszcie. Ponad rok czekałem na długi, 14-dniowy urlop wypoczynkowy. Te dwa tygodnie, o które zgodziłem się przesunąć urlop, z przełomu lipca i sierpnia na drugi tydzień sierpnia okazały się bardzo długie. Zdaje się, że organizm już nastawił się na urlop w terminie, który do tej pory był stały i nie do ruszenia. W tym roku postanowiłem jednak odstąpić swój termin swojemu zastępcy, bo po pierwsze od niepamiętnych czasów postanowił wykorzystać swój urlop tak jak się należy, czyli wyjeżdżając gdzieś z rodziną, a po drugie zwyczajnie mu się ten urlop należy, bo za nim bardzo ciężki rok.
Faktem jest, że te dwa tygodnie ciągnęły mi się w nieskończoność. Na szczęście przy moim systemie pracy przez te dwa tygodnie musiałem być w pracy tylko siedem dni, ale doliczając do tego, że mój dyrektor też poszedł na urlop i kilka jego obowiązków spadło na mnie, to te kilka dni i tak mnie jakoś dziwnie wymęczyło.
Tak więc wracam teraz z pracy i już się cieszę na myśl, że przez najbliższe 17 dni sprawy związane z pracą nie obchodzą mnie praktycznie wcale. No chyba, że okaże się, że będzie się waliło i paliło i moja obecność w firmie okaże się niezbędna. Statystycznie rzecz biorąc nic takiego nie powinno się stać, więc nawet nie będę zaprzątał sobie tym głowy.
Planów na urlop nie mam za bardzo sprecyzowanych. Trochę tu, trochę tam… To jest moja recepta na miło spędzony czas. Nudzi mi się w jednym miejscu – zmieniam miejsce.
Nie zamierzam rozstawać się z moim wiernym kompanem podróży. Laptop będzie mi towarzyszył zawsze tam, gdzie jego towarzystwo nie będzie uciążliwe. Możecie więc spodziewać się co jakiś czas postów na blogu, chociaż moja aktywność na 100% będzie dużo niższa, jeżeli w ogóle może być niższa:-)
Urlop czas zacząć…


